Co to są albertynki?
Albertynki to wymyślona przeze mnie nazwa dla fabularyzowanych sesji narzeczeńskich, pochodząca od imienia Alberta Poceja , fotografa ślubnego z Litwy.
W listopadzie w Białowieży miałem przyjemność uczestniczyć w pokazie warsztatowym Alberta i tam właśnie podpatrzyłem jego realizacje. W czasie kolacji udało nam się trochę pogadać o tym, co dobrego przyszłym Parom Młodym mogą przynieść realizowane w ten sposób sesje narzeczeńskie, oraz na ile uwrażliwiają samego fotografa. Czy pomagają mu złapać nić porozumienia z tymi, których za jakiś czas będzie fotografował w trakcie uroczystości ślubnej?
Albert to bardzo zdolny fotograf, a przy tym skromny człowiek i fajny kompan. Swoje sesje narzeczeńskie określa mianem Love Story. Dla mnie ta nazwa zdecydowanie nie pasuje. Raz, że archaiczno-filmowa, dwa – nie polska.
Narodziła się więc albertynka. Ma ona w sobie bardzo ciepłe zabarwienie uczuciowe, a co najważniejsze, w pewien sposób honoruje człowieka, który takie sesje narzeczeńskie realizuje od dłuższego już czasu, i odnosi na tym polu znaczące sukcesy.
Zapraszam do zapoznawania się z kolejnymi albertynkami. Będę je umieszczał po zrealizowaniu kolejnych sesji.
Przypalając kolejnego papierosa Sławek zastanawiał się, co zrobić z tak mile rozpoczętym wieczorem…
Jola chciała zrobić remont. Długo nie mogła znaleźć solidnego wykonawcy zlecenia. Postanowiła więc, że spróbuje zatrudnić kogoś z ogłoszenia internetowego. “Oby tylko z tego jakaś bieda nie wynikła” – pomyślała zatroskana sącząc kawę z ulubionego kubka. Wiadomo jak to dziś jest z tzw. “fachowcami”…
Cały okres narzeczeństwa Igi i Łukasza to permanentna jazda pociągami do siebie. Tak to jest jak dwoje ludzi pokocha się, a jedno mieszka w Zielonej Górze, a drugie w Białymstoku.
Różne drogi wiodą dwójkę ludzi ku sobie. Czasem plączą się niemiłosiernie, innym razem są proste i gładkie. Ula z Pawłem są już prawie w miejscu spotkania. W piątek uroczyście staną twarzą w twarz, aby powiedzieć “tak”.
Jak mi Kamila z Łukaszem w trakcie spotkania powiedzieli, że grają w kapeli, od razu pomyślałem patrząc na nich, że zapewne reprezentują nurt poezji śpiewanej. O ja naiwny…
Od dawna nosiłem się z takim pomysłem na albertynkę. Potrzebowałem tylko odpowiedniej pary. Wczoraj szczęście się do mnie uśmiechnęło…
Zastanawialiśmy się z Wiolą i Łukaszem w jakich realiach osadzić ich sesję narzeczeńską? Po burzy pomysłów postanowiliśmy, że wrócimy do czasów dzieciństwa – czasu beztroski, szczęśliwości oraz pierwszych, jakże dziwnych zalotów…
Zanim Dorota z Marcinem staną przed ołtarzem i wypowiedzą sakrametalne “tak”, postanowiliśmy pobuszować na łonie natury. Miejsce wybraliśmy nieprzypadkowo. Lipowy Most. Zainteresowani już wiedzą w jakich klimatach będziemy się poruszali…
Z Anetą i Mariuszem spotkaliśmy się w stajni Skrybicze. Cudowne miejsce. Fantastyczny klimat. Wspaniała właścicielka. No i udało nam się trafić z pogodą.
Zgodnie z wczorajszymi zapowiedziami dziś premiera filmowo – fotograficznej sesji narzeczeńskiej. Na dzień dzisiejszy nie wiem, czy ktoś już tego typu produkcje robi, czy nie. Nieistotne. Ważniejsze jest to, że u mnie od teraz można zamawiać.
Iza i Łukasz przysięgać będą sobie w najbliższą sobotę. Jako, że postanowiłem sobie, że w tym sezonie robię “obowiązkową” sesję narzeczeńską, chcąc nie chcąc zapakowałem się w samochód i wraz z dwójką moich przyjaciół – hajda do stolicy! Dlaczego pojechaliśmy tam we trzech? Ano właśnie…
Agata jest córką mojego kumpla, której ślubu nie mogę sfotografować z powodu zajętego już terminu. Ale, że uroczą dziewczyną jest, zaproponowałem jej albertynkę. Takim oto sposobem pewnego śnieżnego i mroźnego dnia rozpoczęliśmy naszą opowieść… Mimo kilkunastu stopni poniżej zera, było naprawdę gorąco…