Pierwszy mój ślub w 2010 roku. 30 stycznia. Wiecie, co to zaczy? Mróz, bardzo duży mróz i śnieg po pachy. Wszystko to, czego nienawidzą moje aparaty i obiektywy. Ale czy mogłem chociaż kwiknąć pod spojrzeniem Eweliny i uśmiechem Pawła?
Żeby było śmieszniej Młodzi postanowili, że nie będą mieli “tradycyjnego” ślubu i wesela. Ledwo uprosiłem, aby pozwolili wejść do domu Eweliny. Potem przegonili przez zaspy do maleńkiej, zasypanej śniegiem wioseczki – Rydzewa. Tam był ślub. Wszystkie niedogodności zrekompensował ksiądz proboszcz. Znakomity człowiek. Coraz rzadziej można spotkać duchownego z tak widocznym powołaniem. Sam kościółek bardzo mały – typowy wiejski, z ołtarzem przybranym jeszcze w choinki.
Po ślubie znów jazda przez zaspy do Woźnejwsi, do zagrody Kuwasy. Tam wesele. Ale myliłby się ktoś, kto sądzi, że przyjechaliśmy, zjedliśmy gorący rosołek i w tany! Co to to nie! Najpierw kulig, a zaraz potem wielkie ognisko z bigosem i grzańcem. Do tego wszystkiego wspaniałe towarzystwo – od “szalonych” młodych poczynając a na fantastycznych gościach kończąc. Jeżeli miałbym kogoś wyróżnić to byłaby to Starsza i koleżanka Panny Młodej z pracy. Ostry duet!
Poniżej parę zdjęć z całości – jak pogadacie z młodymi, może pokażą wam więcej…
































































szacuneczek,super zdjęcia,tak jak i impreza oczywiscie:)
lut 07, 2010 @ 14:23